Felieton o wszystkim i o niczym

Email Drukuj PDF

Oj biada nam, biada

Pamiętam czasy, kiedy partia wie­działa najlepiej, co obywatelowi jest potrzebne. Program partii, programem narodu. I tylko niejaki Jan Pietrzak (ten od „Żeby Polska była Polską”) dziwił się, dlaczego nie może być odwrotnie. I choć to czasy odległe, nadal jednym odbijają się czkawką, inni powracają do nich w ciepłych wspomnieniach, a jeszcze inni zdają się trwać w nich, jak gdyby nigdy nic. Tym ostatnim być może nadal wydaje się, że demokra­cja i demokracja ludowa to synonimy równoważne znaczeniowo, podczas gdy jest zupełnie odwrotnie. Tak zwa­na demokracja ludowa (ludowe rządy ludu!) to formuła dyktatury partii ko­munistycznej przy zachowaniu fasady instytucji formalnej demokracji par­lamentarnej. Fasady, czyli pozorów, złudzenia, fikcji po prostu. Takie mi się skojarzenia nasuwają, kiedy czytam czy też słyszę utyskiwania malkonten­tów, których problemem jest to, że nic im się nie podoba i co gorsza, nie mają się komu poskarżyć. A problemów wo­kół bez liku.

Najlepiej je widzą ci, co innych zajęć nie mają. Bo w zimie na ten przykład jest zimno. I ślisko. Jak jest ślisko, to piaskiem nie sypią. Jak posypali, to słonko wiosenne się po­jawiło i piasek brudny na chodnikach zalega. A jak słonko wyszło, to wraz z nim dziury w drogach. Dziury trzeba by załatać. Najlepiej za te same pienią­dze, co poszły na odśnieżanie. Tylko że one do Wisły popłynęły. A jak zno­wu śniegiem sypnie? Dylematów tyle na co dzień. Problemów kupa. Kiedyś to się szło do sekretarza partii (partia praktycznie jedna była w całym kraju, żeby się człowiek nie pomylił, jak już szedł) i tam się problem zgłaszało. I poskarżyć się można było. Nawet na kierownika w fabryce. Zupełnie jak w zachodnich kryminałach, gdzie de­likwenta przesłuchują na zmianę zły i dobry policjant. Dobry sekretarz po­groził palcem temu czarnemu charak­terowi i fajnie było. Wszyscy zadowo­leni. Nie to co teraz.

Ta ludowa demokracja tak mi się przypomniała, gdy przeczytałem gdzieś, że w Andrychowie to chyba z demokracją nie najlepiej, bo nie ma samorządów osiedlowych. Pojawił się pomysł, by „problem” ten odgórnie rozwiązać. Ustawowo. Przepisy zmie­nić w ministerstwie albo co. Bo teraz to jest tak, że samorządów u nas nie ma, bo ludzie nie przyszli na zebra­nia i ich nie wybrali. Wnioski można wysnuć z tego różne. Mnie do głowy przyszedł taki, że znikome zaintereso­wanie lokalnych społeczności wybo­rami pokazało, że formuła działania samorządów osiedlowych wyczerpała się. Ludzie zwyczajnie uważają, że są one niepotrzebne. Finansowane były z gminnej kasy. Cała w zasadzie działal­ność ograniczała się do organizowania zawodów dla dzieci na osiedlu. A i to trudno było wykonać bez pomo­cy Centrum Kultury i Wypoczynku, czyli instytucji, która to robi tak czy siak. Większą część pieniędzy pochła­niało zresztą utrzymywanie zarządów – diety dla przewodniczących, lokale, media. Pewnie nawet w Andrychowie znaleźliby się dziś społecznicy, którzy chętnie by za jakimś biurkiem jeszcze zasiedli, albo za niego wrócili. Trzeba by tylko tę naszą demokrację zmody­fikować. Żeby była bardziej ludowa. Rany boskie.

Malkontentów ci u nas dostatek. Tak mi się zdaje, że jedni to nawet zebrali się do kupy i założyli klub. Nie wie­dzieć czemu - sportowy. Jak na ironię, to jeden z najsłynniejszych klubów, jeśli rozgłos mierzyć liczbą doniesień medialnych. I to wcale nie z działów sportowych. „Komu my jesteśmy po­trzebni? – pytał retorycznie jeden z działaczy na Walnym Zebraniu w 2001 roku. Dziewięć lat temu! I miesiąc temu, chyba też. Z tekstów publiko­wanych w archiwalnych wydaniach Nowin, które są tylko o rok młodsze od klubu, wyłania się jakaś posępna hi­storia tego LKS - u. Jakby jakieś fatum nad nim ciążyło od momentu narodzin i nie odstępowało do dnia dzisiejszego. Nie to, żeby sportowych sukcesów nie było. Były mniejsze i większe. I piłkarskie i szachowe. Szkoda, że wszystkie niemal umoczone w so­sie narzekań, pretensji, utyskiwań i niezadowo­lenia. Od dwudziestu lat te same problemy. Brak pieniędzy, brak szatni, brak sponsorów, kłopoty z boiskiem… W tym roku klub dostał niską dotację z budżetu gminy. Już się w mediach po­jawiły insynuacje, że to burmistrz nie przepadał za odchodzącym prezesem. Po pierwsze, pieniądze dzieli co roku komisja z radnymi w składzie według określonych kryteriów, a nie burmistrz na zasadzie: mam chusteczkę haftowa­ną, kogo lubię, temu podaruję. Po dru­gie, to ten burmistrz przekazał klubo­wi w gospodarowanie boisko przy ul. Dąbrowskiego w 2003 roku, czyli zaraz po zmianie władz w mieście, kończąc okres bezdomności klubu trwający pra­wie czternaście lat. Inna sprawa, jak działacze to wykorzystali. Nie brakuje w gminie pięknych obiektów takich jak boiska w Roczynach, Targanicach czy Inwałdzie. Są one własnością klubów, które dotąd otrzymywały porównywal­ne z „Halnym” wsparcie z miejskiej kasy. Wiejskie kluby same o te obiek­ty dbają od wielu lat. Może dlatego, mają mniej czasu i sił do biadolenia i szukania winnych niepowodzeń z dala od własnego grona. Za to nie są tak sławne.

Sławni są za to andrychowscy Romowie. Cała setka. Co kilka miesię­cy regionalne media ogłaszają konflikt polsko – romski w Andrychowie. Tym razem „Gazeta Krakowska. Polska. The Times” opublikowała tekst Bogumiła Storcha pod dramatycznym tytułem: „Nie wolno nam mówić po naszemu na lekcjach. Musimy mówić po polsku.” W podtytule – Romowie z Andrychowa skarżą się u ministra. Sensacja z piątej strony dodatku weekendowego. Z arty­kułu nie dowiemy się, że tak naprawdę to chodzi o konflikt romsko – romski. Dwa zwaśnione stowarzyszenia kłócą się między sobą, odkąd powstały. Oba korzystają z pomocy państwa i gminy. Jedna grupa potrafi się zorganizować i współpracować z władzami lokalny­mi, druga poświęca mnóstwo energii na pisanie protestów i skarg. Romowie od zawsze tłumaczą się, że nie pracu­ją, bo nie mają wykształcenia. Nawet tego podstawowego. Edukacja to fun­dament, bez którego trudno funkcjono­wać w społeczeństwie na powszechnie przyjętych zasadach. Po co dzieci rom­skie chodzą do szkoły? Po to żeby się uczyć mówić, czytać i pisać po polsku. Często z domu takich umiejętności nie wynoszą, a bez tego ani rusz. Jeśli ktoś skarży się, że w polskiej placów­ce musi mówić po polsku, to podważa sens wysyłania dzieci do szkoły i za­przecza swoim dobrym intencjom w kwestii pracy. Z niecierpliwością cze­kam na kolejny sensacyjny materiał w Gazecie Krakowskiej. Proponuję tekst pod tytułem: „Nie wolno nam jeździć po naszemu na lekcjach. Musimy jeź­dzić prawym pasem”. W podtytule – Kursanci z Andrychowa skarżą się u ministra.

Jeden z dziennikarzy internetowych martwi się, że „w gminie Andrychów i samym Andrychowie ubywa miesz­kańców”. - Czy Andrychów jest mało atrakcyjnym miastem? – pyta zatroska­ny. W poprzednich „Nowinach” poda­waliśmy dane statystyczne dotyczące liczby mieszkańców. Faktycznie. W porównaniu z rokiem 2008 w mieście zameldowanych jest o 153 mieszkań­ców mniej, a w całej gminie liczba lud­ności zmalała o 26 osób. Procentowo daje to odpowiednio: 0,7% i 0,1%. Ja bym się tak jeszcze nie martwił. Jeszcze jest nas siła. Poza tym, od 2008 roku obserwowany jest w Polsce dodatni przyrost rzeczywisty. Pod względem liczby ludności Polska znajduje się na 32 miejscu wśród krajów świata i na 6 w krajach Unii Europejskiej. Podobnie jak w naszej gminie sukcesywnie roś­nie liczba ludności zamieszkałej na wsi. Czy ze spadku liczby ludności można wyciągnąć wniosek, że Polska jest coraz mniej atrakcyjnym krajem? Idąc tym tropem, należałoby zarekla­mować Etiopię, która liczy 66,5 mln mieszkańców i ma przyrost naturalny w wysokości 27,5 promila. Na dru­gim biegunie leży natomiast Księstwo Monako, w którym mieszka zaledwie 32 796 osób, czyli prawie 11 tysię­cy mniej niż w Gminie Andrychów (43794). Podsumowując – daleko nam do Etiopii, ale na łeb na głowę bijemy Monako. Sam nie wierzę, że to piszę. Jeszcze parę takich dyrdymałów i po­mylę flagę polską z flagą Monako. Co zresztą ostatnio się komuś przytrafiło.

 

Andrychów ma już swoją oficjalną maskotkę. Jest nią bóbr. Sympatyczny gryzoń kojarzy się oczywiście z pała­cem Bobrowskich stojącym w centrum miasta. Sam budynek z wiadomych powodów nie jest reprezentacyjny. I pewnie długo jeszcze nie będzie. Za to bóbr z powodzeniem może stano­wić wizytówkę miasta. Zanim jednak pluszaki dotarły od producenta do Andrychowa, już się pojawiły kon­trowersje wokół tego wyboru. Jak zresztą wokół wszystkich u nas wybo­rów. Złośliwcy oponowali, że „bobra w gminie Andrychów już raczej nie można spotkać”. Jakże może więc re­klamować gminę ssak, którego w niej nie ma? Logiczne? Jacyż my potrafimy być akuratni, pedantyczni, drobiazgo­wi i konsekwentni, gdy tylko nadarza się okazja, żeby komuś przyłożyć. Nie to co ci na przykład Kanadyjczycy od właśnie zakończonych XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Ci to dopiero wymyślili! Maskotkami olimpijskimi były: Miga - mityczny niedźwiedź morski, Quatchi - Wielka Stopa, Sumi - zwierzęcy duszek i Mukmuk - świ­stak z Vancouver. Ładny zestaw, nie­prawdaż. Dziwne, że na całym świecie nie znalazł się jeden sprawiedliwy, co by Kanadyjczykom kazał zade­monstrować człowieka śniegu albo zwierzęcego duszka. Co ciekawe, ma­skotką Letnich Igrzysk Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku był… bóbr Amik. W tym samym roku gospodarza­mi zimowej olimpiady byli Austriacy. Maskotką imprezy odbywającej się w Innsbrucku był Schneemann. Po nasze­mu – Bałwan. I tych ci właśnie u nas nie brakuje.

I jeszcze dowcip z sieci. - Na czym polega globalna wioska? - Na tym, że ludzie z całej Polski w Internecie za­chowują się jak na wsi.

Bez obrazy. Ten felieton też znaj­dziecie w necie. Polecam witrynę Nowin i TRA.

Frantic